Aleksander fiut


Download 1.84 Mb.
Pdf просмотр
bet1/6
Sana21.03.2020
Hajmi1.84 Mb.
  1   2   3   4   5   6

Aleksander Fiut

Czy tylko katastrofizm? : o

przedwojennej poezji Czesława

Miłosza


Pamiętnik Literacki : czasopismo kwartalne poświęcone historii i krytyce

literatury polskiej 69/3, 75-112

1978


P a m ię tn ik   L ite rac k i  LXIX,  1978,  z.  3

ALEKSANDER  FIUT

CZY  TYLKO  KATASTROFIZM?



O  PRZEDWOJENNEJ  POEZJI  CZESŁAWA  MIŁOSZA

Byłże  Miłosz  napraw dę  katastrofistą?  Postaw ienie  tego  pytania  w y­

dać  się  może  nieporozumieniem.  Teza  o  katastroficznym   profilu  przed­

w ojennej  twórczości  autora  Trzech  zim   jest  przecież  pewnikiem,  który 

z  niezmąconym  spokojem  pow tarzają  kolejne  generacje  badaczy.  Tym­

czasem  jeśli  problem   rozpatrzyć  na  nowo  i  bez  uprzedzeń,  zacznie  się 

on  przedstaw iać  wcale  nie  ta k   prosto.  Na  początek  zastanaw ia  recepcja 

Miłosza  w  krytyce  dwudziestolecia.  Zabrzm i  to  może  niewiarygodnie, 

ale  wśród  wszystkich  recenzentów  tego  poety  bodaj  tylko  jeden,  Sewe­

ryn  Pollak,  znajdował  w  jego  wierszach  „kliniczne  objawy  katastrofiz­

m u” к  Inni  pisali  o  pesymistycznej  postawie  Miłosza,  nazyw ali  jego 

poezję  „poezją  metafizycznego  niepokoju,  trw ogi  kosmicznej”,  wskazy­

wali  w  niej  na  „fenomen  irracjonalnego  pesymizmu  integralnego”  bądź 

wręcz  twierdzili,  że  poeta  „w yrzeka  się  łatwego  katastrofizm u;  w   sobie 

samym  znajduje  źródło  siły” 2.  Przypadek?  Powszechne  przeoczenie? 

Doprawdy  dziwne,  że  choć  term in  „katastrofizm ”  zdobył  sobie  wówczas 

powszechne  praw o  obyw atelstw a,  nie  łączono  go  jakoś  z  nazwiskiem 

jednego  z  „pierwszych  katastrofistów   w  polskiej  literaturze” 3...  Publi­

cystyka  „Żagarów”  pobrzmiewała  ostrą  k ry ty k ą  ówczesnego  społeczeń­

stw a  oraz  dziarskim i  wezwaniami  do  czynu.  Tylko  jeden  raz,  w  a rty ­

kule  czołowego  ideologa  grupy,  H enryka  Dembińskiego,  pojawia  się 

akcent,  który  można  by  uznać  za  katastroficzny,  ale  pojawia  się  w  jakże 

znam iennym   kontekście:  „Zbliżają  się  czasy  w ielkiej  pożogi  nagrom a­

dzonych  nienawiści,  nowych  podbojów  Czyngischana  [...]”  —  ostrzega



1  S p  [S.  P o l l a k ]   Apokalipsa  w   cuglach.  „Nowa  Kwadryga”  1937,  z.  3.

2 S.  N a p i e r s k i ,   rec.  „Ateneum ”  1938,  nr  1.  —  K.  T r o c z y ń s k i ,   P esy m izm  

integralny.  „Dziennik  Poznański”  1937,  nr  173.  —  L.  F r y d e,  rec.  „Życie  Literac­

kie”  1937,  nr  2.

3  J.  K w i a t k o w s k i ,   O  poezji  Czesława  Miłosza.  „Poemat  o  czasie  z a s t y g ły m ’’. 

„Twórczość”  1957,  nr  12.

76

A L E K S A N D E R   F I U T

autor,  lecz  zaraz  dodaje:  „bądź  też  czasy  wielkiej  epopei,  wielkich  prze­

m ian”  4  (rewolucyjnych,  rzecz  jasna).  Sam   zaś  Miłosz  pisał  wówczas:



Jest  pychą  i  uzurpacją  w ierzyć,  że  na  nas  kończy  się  albo  zaczyna  jakaś 

epoka  i  że  do  nas  należy  spełniać  w izje  proroków.  Los  cyw ilizacji  nie  roz­

strzyga  się  w   ciągu  kilku  lat.  [...]  Każdemu  pokoleniu  uczestniczącem u  w   burz­

liw ych   w ypadkach  jego  czas  w ydaje  się  czasem  ostatecznym   i  apokaliptycznym.

I  dalej:



Liczy  się  tylko  czyn  —  czyn  oręża,  czyn  pióra,  czyn  dłuta.  K atastrofizm , 

zasłanianie  się  gorączkową  epoką  po  to,  aby  pisać  te  jednodniowe  utw ory,  od 

jakich  roją  się  dzisiaj  pism a  literackie  —  to  dowód  nie  tyle  „marszu  z  k ro­

kiem   historii”,  ile  słabości  i  rozprzężenia.  Najgroźniejsza  zawierucha  nie  po­

wstrzym a  drzew  od  wydaw ania  owoców,  zbóż  od  kwitnienia  i  narodów  od 

rozwoju  —  chociażby  w ycięto  w iele  drzew,  zniszczono  w iele  pól  i  uśmiercono 

w iele  m ilionów   jed n ostek 5.

Miłosz  dowodził  tak  dosłownie  w  przeddzień  wojny:  29  czerwca 

1939.

Ani  opinie  krytyki,  ani  publicystyczna  wypowiedź  poety  nie  mogą 



być,  rzecz  prosta,  argum entem   rozstrzygającym .  W ypada  zatem   spraw ­

dzić,  czy  sama  poezja  Miłosza  dostarcza  przekonyw ających  dowodów 

na  jego  katastrofizm .

kłam stw em   są  w szelkie  w zniesienia  na  w ysokość 

pustka  nad  nami  króluje 

i  pęd  ku  losom  dalekim

(Podróż) 6

A  my  ciągle  m yślim y  o  wichrze  surowym ,

Który  kiedyś  te  w ieże  niepraw ości  złamie,

O  ludziach,  którym   dane  będzie  wyhodować 

Pow agę  życia  twardą  i  prostą  jak  kamień.

A  my  już  upadamy.  I  jeszcze  do  wschodu 

Obracamy  sw e  oczy.  A le  przecie  ziemia 

Zaspokoić  naszego  nie  potrafi  głodu.

Z  przeklętego  jesteśm y  bowiem   pokolenia.

(Wam) 7

Między  opustoszałym  niebem  a  jałową  ziemią  jest  miejsce  Miłosza. 

Od  pierwszych  wierszy  poczynając,  pojawia  się  w  jego  poezji  świado­

mość  powszechnego  kryzysu  uniw ersalnych  wartości  oraz  wręcz  rom an­

tyczna  pogarda  dla  rzeczywistości.  Liryczny  bohater  czuje  się  wydzie-

4  H.  D e m b i ń s k i ,   Defilada  umarłych  bogów.  „Żagary”  1931,  nr  3.

5  Cz.  M i ł o s z ,   Dystans  spojrzenia.  „Zaczyn”  1939,  nr  26.

6  Podróż.  „Alma  Mater  V ilnensis”  1930,  z.  9.  Inne  w iersze  Cz.  M i ł o s z a   tutaj 

cytowane,  a  pozbawione  osobnej  inform acji  bibliograficznej,  pochodzą  z  dwóch 

tomów:  Poem at  o  czasie  zastygłym .  W ilno  [1933]  —  oznaczany  skrótem   P,  oraz: 

Ocalenie.  Warszawa  1945  —  O  (cyfra  po  skrócie  podaje  stronicę).

7  Wam.  „Żagary”  1931,  nr  2.


C Z Y   T Y L K O   K A T A S T R O F IZ M ?

77

dziczony  podwójnie:  z  tradycji,  która  nie  może  już  sprostać  jego  pory­

wom,  oraz  ze  współczesności,* rażącej  go  swą  pospolitością.  Jego  pierw ­

szym odruchem   jest  więc  cynizm,  podminowany 

jednak bardziej 

mło­


dzieńczym  rozczarowaniem  do  świata  i  bezradną rozpaczą  niż zimnym

wyrachowaniem.  A  zatem   sprawca,  który



[...]  staje  przed  niebem

pięści  ku  niem u  wznosząc  złączone,  ściśnięte.

W ierzący  upadają  plackiem ,  bo  m yślą,  że  monstrancja  tak  świeci, 

a  to  św iecą  palce,  palce  ostre  św iecą,  przyjaciele.

1



Podziw ia  czaszkę  brata,  z  kształtu  podobną  do  jaja,

co  dzień  odgarnia  z  czoła  spieniony,  czarny  w łos,

aż  w reszcie  pew nego  dnia  zakłada  w ielki  nabój  dynamitu 

i  dziw i  się,  że  potem   w szystko  wybucha  niby  wodotrysk.

Z  otwartą  gębą  śledzi  chmury.  W  nich  zaw isły

globusy,  kodeksy  karne,  m artwe  koty  przewrócone  na  wznak,  loko-

mobile.

Krążą  w   kłębie  obłoków,  jak  śm iecie  w   kałuży,

(S praw c a,  P  6)

Świat,  którem u  zabrakło  transcendentnego  pun ktu   oparcia  —  utracił 

właściwie  rację  swego  istnienia.  Zmienił  się  w   gigantyczny  śmietnik. 

P rzestały  obowiązywać  jakiekolwiek  podziały  i  hierarchie  wartości; 

nauka,  prawo,  życie  —  nic  już  nie  znaczą.  K ażdy  czyn  stał  się  m oralnie 

dozwolony.  Pogrążona  w  chaosie  rzeczywistość  w ydana  została  na  pa­

stw ę  pozbawionych  skrupułów   prowokatorów,  by  wreszcie  stać  się  kró­

lestwem   Złego:



Jeżeli  nie  w ierzę  w   Boga,  który  m iłosiernie 

Zakryw a  oczy  dłonią,

To  na  pew no  w ierzę  w   Szatana,  ostre  ciernie 

Przydającego  skroniom.

(Wiersze  dla  opętanych ) 8

Budzi  się  więc  nostalgia  za  nowym  ładem,  gruntow nym   przeobraże­

niem  świata.  Za  rewolucją?  Tak  by  można  sądzić:  „do  wschodu  obra­

cam y  swe  oczy”.  Ale  takiem u  domysłowi  przeczą  od  razu  następne 

słowa:  „ziemia  zaspokoić  naszego  nie  potrafi  głodu” .  Ten  nowy  porządek 

musi  być  zatem   „nie  z  tego  św iata”.  Dość  zabawnie  w  takim   kontekście 

w ygląda  fakt,  że  wspom niane  w   tym   samym  wierszu  owe  „wieże  nie­

prawości”  to...  panie,  które



Gładzą  senne  pośladki  i  czasem  językiem  

Po  wargach  zapieczonych  niespokojnie  lizną 

Albo  nam  pocałunki  nużące  jak  likier 

Sączą  [...]

8  Wiersze  dla  opętanych.  Jw.

78

A L E K S A N D E R   F I U T

]

I  sidłają  nas  m łodych  w   ostrożniutkie  pęta 



Krążymy  w   ich  salonach  ubrani  w e  fraki 

Oklaskują  nam  w iersze  i  chwalą  talenta 

Prowadzą  po  sypialniach  zdobionych  ze  sm akiem .

(Wam)

Następna,  cytowana  już  przedtem   zwrotka,  zaczyna  się  od  słów: 

„A  m y  ciągle  myślimy  o  wichrze  surow ym ”.  B unt  wobec  świata  byłby 

zatem   w  istocie  buntem   wobec  wygodnego  życia,  łatw ej  kariery   i  „słod­

kiej  niewoli”?  B untem   wobec  mieszczaństwa?  Zapewne  także,  choć  nie 

tylko.  Co  innego  bardziej  zwraca  uwagę  w  przytoczonym  cytacie:  sto­

sunek  do  kobiet.  Jest  to  problem   w  poezji  Miłosza  niezwykle  ważny, 

a  zarazem   bardzo  tru d n y  do  rozwikłania,  czego  dowodzą  choćby  nastę­

pujące  słowa:

że  pozostaje  tylko  m ateria  do  badania

i  tylko  jej  ciekawa  tajem nica

któż  m ógłby  powiedzieć:  dobrze  to  czy  źle?

Na  szczęście  jeszcze  niebo  skórą  i  m ięsem   przesłania 

kobieta  w zdłuż  rozdarta

Usta  m oje  ssie

pijaw ka  ziem,  która  natychm iast  po  zgonie 

spadnie  w   w ody  nicości  przerażającej  mózg.

<B r z y t w y ) 9

Erotyce  poezji  Miłosza  nie  zawsze  towarzyszą  tak  drastycznie  w yra­

żone  obrzydzenie,  niesmak  czy  wręcz  fizyczny  w stręt.  Ten  wiersz  jest 

właściwie  w yjątkiem .  Zazwyczaj  jednak kobieta  kojarzy  się  poecie  przede 

wszystkim  z  cielesnością,  fizjologią,  bezrefleksyjnym   trw aniem .  Role 

zostały  w yraźnie  podzielone:  jej  udziałem   jest  istnienie  w  jego  n ajb ar­

dziej  elem entarnej  postaci,  rolą  mężczyzny  —  refleksja  nad  m aterial­

nym   kształtem   rzeczy;  on  to  intelekt,  ona  to  zmysły,  ona  jest  egzysten­

cją,  on  esencją.  Słowem,  kobieta  jest  bliżej  N atury,  mężczyzna  —  K ul­

tury.  Nie  jest  przypadkiem ,  że  w  napisanym   później,  podczas  okupacji, 



Świecie  m atka  właśnie,  stojąc  w  ogrodzie,  z  roślin  i  kwiatów  odczytuje 

praw a  rządzące  kosmosem,  którym i  są  —  paradoksalnie!  —  wiara,  n a­

dzieja  i  miłość  —  gdy  ojciec  tymczasem,  nachylony  nad  książkami, 

objaśnia  położenie  miast  w  E u ro p ie10.  Dlatego  miłość  stanowi  dla  Mi­

łosza  przede  w szystkim  a k t  fizycznego  zespolenia.  Jest  ona  pokusą  — 

grzeszną  —  oddalenia  zagadki  świata  i  ponownego  zanurzenia  się  w  nie­

świadomość,  roślinną  wegetację;  pokusa  schronienia  się  przed  naporem  

wrogiej  rzeczywistości  —  w  łono  matki?  Ale  ak t  miłosny  nie  przynosi 

ukojenia,  przeciwnie,  po  chwilowym  odurzeniu  następuje  jakże  przykre 

przebudzenie:



9  B r z y tw y ,  „Linia”  1933,  nr  5.

10  Zob.  Cz.  M i ł o s z ,   Świat.  Poem a  naiwne.  W:  O.

C Z Y   T Y L K O   K A T A S T R O F IZ M ?

79

Jakby  naprawdę  pomóc  komu  zdołał 

Na  chciw ość  mózgu  ten  cielesny  prąd,

Przelatyw ali  nad  ziemią  aniołem,

Co  m iał  dwie  głow y,  czworo  nóg  i  rąk.

A  może  jednak  zabrakło  mu  skrzydeł,

D latego  rankiem   w   którejś  w iosce  spadł.

C ichnie  w   pościeli.  Przez  okno  patrzą,  widzą:

Czerwone  pnie.  Topory.  Dym  idzie  z  chat.

(Daina) 11

Erotyka  kojarzy  się  poecie  raczej  z  cierpieniem   i  bólem  niż  z  roz­

koszą,  a  obcowanie  z  kobietą  nie  zaspokaja  głodu  praw dy  i  nie  koi 

metafizycznej  nostalgii.  Nie  znaczy  to  jednak,  by  kobieta  została  zde­

gradowana.  Stanow i  ona,  owszem,  przeszkodę  w  badaniu  m aterii  rze­

czywistości,  ale  zarazem   zbliża  do  jej  u kry tych   praw :



Ty  jesteś  noc.  W  m iłości  leżąc  z  tobą 

odgadłem  los  i  bojów  przyszłych  zło.

Ominie  plebs,  a  sław a  przejdzie  obok 

i  pryśnie  m uzyka  jak  butem  tknięte  szkło.

(Ty,  silna  noc...,  O  34)

Bo  uczucia  —  jak  wszystko  —  a  więc  także  powodzenie  i  sztukę,  roz­

proszy  upływ ający  czas.  U dręką  świadomości  bohatera  lirycznego  staje 

się  ulotność  i  nietrw ałość  wszechrzeczy,  która  także  i  los  ludzki  czyni 

kruchym   i  przypadkowym.  Na  pytania:

Czy  przem inie  ziem ia?  Czy  przem inie  olbrzymi  nieboskłon?

—  odpowiedź  jest  jednoznaczna,  a  zarazem   tragiczna:



N ie.  Przem inąć  trzeba  nam.

(Dom  młodzieńców,  P  20)

Oczywiście,  obiektyw nie  rzecz  biorąc,  jest  to  wniosek  banalny.  Ale 

wyskandowany  został  tak   dram atycznie  nie  bez  przyczyny.  Motywy 

przem ijania,  znikomości,  rozpadu  i  śmierci  atak u ją  wyobraźnię  młodego 

przecież  poety  ze  zbyt  w yraźną  natarczywością,  by  można  było  je  zlek­

ceważyć 12.



Tak  nam  znaczono,  żeby  piękność  sław ić 

I  minąć  w   blasku  którejś  z  nocnych  łun.

(2  str o fy) 13

—  stw ierdza  bohater  z  goryczą  w   jednym   z  wczesnych  wierszy.  Po  kilku 

latach  dodaje:

Miłości  m oja,  gdzież  są,  dokąd  idą 

B łysk  ręki,  linia  biegu,  szelest  grud  —

N ie  z  żalu  pytam,  ale  z  zamyślenia.

(Spotkanie,  O  58)

11  Daina.  „Kamena”  1934,  nr  7.

12  M otywy  te  trafnie  analizow ał  K w i a t k o w s k i   (op.  cit.).

13  2  strofy.  „Alma  Mater  V ilnensis”  1933,  z.  11.


80

A L E K S A N D E R   F I U T

Konieczność  cielesnego  rozpadu  przeraża  najbardziej  w  okresie  mło­

dości:


Patrzą  na  ręce  swoje,  dziś  crawlem   po  wodach  prące,

Na  nogi  —  skrzydła  biegaczy.  To  w szystko  stanie  się  próchnem.

(Na  śmierć  młodego  m ę żczy zn y,  P  21)

Obawę  budzi  już  choroba:



Siedzisz  ruch  swego  ciała,  a  kaszel  napełnia  serce  tw e  przerażeniem.  Jeżeli

gruźlica  rozerwie  twe  kurczowo  zw arte  szczęki,  w tedy  będziesz  pasem   trans­

m isji,  który  opadł  z  kół.  [Teatr  pcheł] 14

Dotkliwa  jest  również  myśl  o  nieuchronnej  starości,  w yrażona  jakże 

przejm ująco  w  Ś w ita c h 15.  Kobieta,  która  „O  sukniach  i  podróżach 

w  swoich  snach  myślała.  /  Przed  czarne  lustro  idzie” .  Uświadamia  sobie, 

że  m inęła  jej  młodość,  pozostało  zmęczenie  i  pustka  wew nętrzna.  Myśli 

więc  o  tym ,  by  „Uda  zasłonić,  niech  nie  w spom inają  /  kłębami  cienkich 

fioletowych  żył”.  P atrzy   na  swe  dziecko,  które  „wszystko  na  nowo  po­

zna  /  i  drogą  olbrzymią,  pustą,  mroźną,  /  pójdzie”.  A  potem  „Przed 

lu strem   nago  stojąc,  dwie  łzy  —  lekko  w yciera  kobieta  chusteczką  / 

i  farbą  przyciem nia  b rew ”  (O  32—33).

Pojaw ia  się  śmierć.  N ajpierw   w  konfiguracji  m akabrycznej  gro­

teski:


Czeszą,  czeszą  fryzjerzy  w łosy  czarne  i  lepkie,

Golą  zakrzepłe  bruzdy  i  gorączkowo  szepczą.

Możecie  spokojnie,  panowie.  Możecie  nawet  zaciąć.

Zupełnie  grzeczny,  łagodny,  jest  ten  wasz  pacjent.

(Fragmenty  z   poem atu   —  buffo) 16

Ma  rację  Jerzy  K wiatkow ski  twierdząc,  że  groteska  jest  tu taj  spo­

sobem  rozładowania,  obezwładnienia  lęku  przed  śmiercią.  W ypada  do­

dać,  że  tem u  lękowi  tow arzyszy  także  w yraźna  fascynacja,  przew rotna 

chęć  otarcia  się  o  ostateczność;  mroczny  urok  śmierci  budzi  podniecający 

dreszcz:


Siłę  ogromną  śmierci,  jej  urok  i  przerażenie 

Zrozumieć  tylko  ci,  którzy  są  piękni,  mogą.

(Na  śmierć  młodego  m ężczy zn y,  P  21)

D umne  wyzwanie  nie  pozbawione  jest  zatem   akcentu  pewnej  kokie­

terii.  Przew aża  jednak  rezygnacja  oraz  zgoda  na  nieuniknione:

O  Boże,  jak  niepew ne  nasze  losy,

Jaka  potężna  siła  nami  toczy,

Ile  złych  godzin  serca  nam   spustoszy,

Zanim  ty,  wierna,  zam kniesz  m oje  oczy,

14  Teatr  pcheł.  „Zet”  1932,  nr  3.

15  Pierw odruk  w:  Trzy  zim y.  W ilno  1936.

18  Fragmenty  z   poem atu   —  buffo.  „Żagary”  1931,  nr  1.


C Z Y   T Y L K O   K A T A S T R O F IZ M ?

81

Ty,  przychodząca  do  m nie  szarym  rankiem,

Jak  matka  senna  z  kopcącym  kagankiem.

(Postój  zim o w y,  O  62)

Śmierć  ucisza  na  zawsze  niepokój,  goi  wszelkie  rany,  przynosi  osta­

teczne  wyzwolenie:

[...]  Ja,  w ierny  syn  czarnoziemu,  powrócę  do  czarnoziemu,

jakby  życia  nie  było,

jakby  pieśni  i  słow a  tworzyło

nie  m oje  serce,  nie  moja  krew,

nie  moje  trwanie,

ale  głos  niewiadom y,  bezosobowy,

sam  łopot  fal,  sam  w iatrów   chór,  samo  w ysokich  drzew 

jesienne  kołysanie.

(Hymn,  O  24)

Zgon  —  to  ponowne  zmieszanie  się  z  ziemią;  przypom ina  się:  „z  pro­

chu  powstałeś...”  Konieczność  ostatecznego  odejścia  uświadamia  przy 

ty m   kruchość  lüdzkiej  egzystencji  wobec  wiecznego  i  obojętnego  trw a­

nia  N atury.  Jest  ona  w  poezji  Miłosza  bardziej  macochą  niż  m atką  czło­

wieka,  podporządkowuje  go  swym  prawom  bez  pytania  o  zgodę  i  bez 

szansy  odmowy.  A  przecież,  mimo  wszystko,  ona  właśnie  stanowi  — 

zauważył  K wiatkowski  —  jedyne  oparcie  poety  w  konfrontacji  z  Hi­

storią:

Tragizm  biologiczny,  m etafizyczny  jest  dla  niego  [tj.  Miłosza]  przygoto­

waniem ,  zaprawą.  Heroiczna  —  powiedzm y  po  prostu:  m ęska  —  postawa  wobec 

problemu:  życie—śm ierć,  zostaje  przeniesiona  w   dziedzinę  h isto rii17.

W yroki  N atury  są  okrutne,  to  praw da,  ale  zarazem   —  oczywiste 

i  zrozumiałe.  Historia  zaś  zaw iera  nieprzeniknioną  zagadkę.  Przeraża 

swym  krw aw ym   absurdem.  Częste  są  u  Miłosza  wyznania  poznawczej 

bezradności:

M yślicielow i  ciemno.  Jego  ciężka  głow a  opada  w   tył.

Błędy,  które  popełnił,  na  oczach  leżą  jak  na  oczach  umarłego  monety.

(Ląd  (w iz j e ) ,   P  17)

[...]  idzie  pusta  noc,  na  naszych  oczach  leży  ślepa  noc  symboliczna, 

a  z  m agnetycznych  pól,  jak  m artwy  posąg  na  koniu, 

cw ałuje  wśród  chrzęstu  lat 

prawda  nielogiczna.

(Na  cześć  pieniądza,  P  4) 

ja  nie  pojm uję  początku  ni  celu.

(Wcielenie) 18

Liryczny  bohater  Miłosza  staje  więc  samotnie  wobec  obojętnego  ko­

smosu  i  okrutnych  dziejów.  Opanowany  obsesją  przem ijania,  rozpadu 

i  śmierci,  z  pustką  w  sercu,  dotkliwie  doświadcza  absurdalności  istnie­

nia:

17  K w i a t k o w s k i ,   op.  cit.,  s.  83. 

is  Wcielenie.  „Pion”  1938,  nr  3.

6  —  P a m i ę t n i k   L i t e r a c k i   1978,  z.  3



82

A L E K S A N D E R   F I U T



N agle  wiadomo,  czym  jest  tutaj  nisko 

to  trwanie:  niby  brzęk  na  głuchej  strunie

(Wcielenie)

Podobnie  jak  bohaterowie  S a rtre ’a  czy  Camusa  —  w rzucony  w  egzy­

stencję,  k tóra  zam yka  go  w  lodowatej  próżni.  Kosmiczna  trwoga,  życie 

jako  b y t  ku  śmierci,  samotność,  alienacja...  W  kręgu  jakiej  tradycji 

m yślowej  się  znajdujem y?  Chyba  gdzieś  między  Księgą  E klezjasty 

a  O bcym   Camusa.  Takie  skojarzenia  nasuw ają  się  nieodparcie.  Miło­

szowi  bez  w ątpienia  bliższy  jest  ten  n u rt  filozofii  chrześcijańskiej,  który 

od  Pascala,  przez  K ierkegaarda,  prow adzi  do  egzystencjalizm u.  Można 

też  się  domyślać,  iż  do  późniejszych  rozwiązań  egzystencjalistycznych 

zbliżyły  poetę  wnioski  w ysnute  z  le k tu ry   gnostyków,  których  czytał 

w  młodości,  jak  w yznaje  w  poemacie  Gdzie  wschodzi  słońce  i  kędy 

zapada.  „Obcość”  jest  przecie  w  gnozie  jedną  z  kategorii  fundam ental­

nych,  określających  położenie  jednostki  we  wszechświecie.

Miłoszowskiego  bohatera  męczy  głód  wartości,  pragnienie  afirm acji, 

potrzeba  oparcia.  A  zostaje  m u  tylko  wielkie  nienasycenie,  którem u 

tow arzyszy  pełna  świadomość,  że  nigdy  i  niczym  nie  zostanie  ono  w y­

pełnione.  W  jednym   z  w ierszy  powiada  w prost:  „Ale  ja  niczym  siebie 

nie  nasycę”  (Postój  zim ow y,  O  63).  A  w  innym :




Do'stlaringiz bilan baham:
  1   2   3   4   5   6


Ma'lumotlar bazasi mualliflik huquqi bilan himoyalangan ©fayllar.org 2019
ma'muriyatiga murojaat qiling